Dialogi na Cztery Nogi albo "Hyde Park"

Forum » Kawiarenka - pogaduszki o wszystkim
Przypuszczam, że chodzi o to, że ciemno się robi i czas do domu. Ale, jeśli pojawia się szansa sprzedania Antka matce kolegi... To zmienia postać rzeczy
wczoraj 20:44
Najwidoczniej woli sprzedać niż kupić    U nas jeszcze widno i od czasu kiedy zapanowały tropiki to podwórko tętni życiem niemal do 22. Gromada smyków pod oknami, prawie jak w czasach minionych ale obserwuję, że przynajmniej jakiś jeden "dyżurny" rodzic ma na nich wszystkich oko.
wczoraj 20:52
My mieszkamy w bardzo fajnym miejscu, praktycznie między dwoma parkami, w których jest mnóstwo placów zabaw, za to w pobliżu jest taka nieciekawa dzielnica socjalna. Mój syn jakiś czas temu przyprowadził z tego placu nowopoznanego kolegę i trochę się zdziwiłam, gdy po trzech godzinach okazało się, że dziecko nie ma telefonu, matka pozwoliła mu iść, nie pytając o adres, a chłopiec stwierdził, że mama nie będzie się martwić m
wczoraj 21:00

   Przypomniałaś mi, jak kiedyś mój syn (a Twój rówieśnik ) też kiedyś przyprowadził kolegę z podwórka. Kiedy pod wieczór delikatnie dałam znać, że czas do domu, bo mama z kolacją czeka, rezolutny malec odparł- Ja przecież mogę u Was zjeść! Nie patologia- wyrósł na wziętego prawnika.   

wczoraj 21:09
W tamtych czasach nawet patologia była mniej patologiczna☺
wczoraj 21:38
Patologii ,w takim pojęciu jak obecnie, to wcale nie było. Przede wszystkim był obowiązek pracy, nie pracowali tylko kryminaliści i tzw. niebieskie ptaki czyli margines społeczny. Były domy biedne ale zawsze w nich ktoś z dorosłych pracował. Ja znam z obecnych czasów rodzinę z mojej klatki w bloku, gdzie już trzecie pokolenie żyje z zasiłków socjalnych. Chałupa ludzi , nikt dorosły nie pracuje i nie ma zamiaru.   
wczoraj 21:56
I nawet kryminalisci mieli swój kodeks honorowy. Dziecka nikt nie skrzywdził. A dla ochrony mienia najbezpieczniej było mieć sąsiada złodzieja.
wczoraj 22:06

To prawda   

wczoraj 22:25

Panna Nie, o której parokrotnie (ale dawno) pisałem w tym wątku, podśpiewuje sobie w domu "Nienawidzę niania, nienawidzę niania" (to, oczywiście, żeby mi zrobić na złość). Ja: "A kogo bardziej nienawidzisz, mnie czy dentystę?" (Bo ostatnio nie pozwoliła dentyście nic zrobić, choć wcześniej ząb ją bolał, a podczas powrotu w samochodzie śpiewała "Nienawidzę dentystę".) Ona jakby, że równo nas obu. Ja: "To dobrze, bo przykro by mi było, gdybyś nienawidziła jakiegoś tam dentystę bardziej niż mnie, którego znasz od lat", obejmuję ją czule i "ja też cię strasznie nienawidzę", tonem zupełnie sprzecznym ze słowami.

wczoraj 23:39
« Powrót do listy tematów