Takie tam przemyślenia...

Forum » Kawiarenka - pogaduszki o wszystkim
Najwspanialsze w naszym zawodzie jest to, że jesteśmy wiecznie młodzi . Wciąż na nowo przeżywamy urok macierzyństwa. Wciąż czuję się młodym rodzicem i też tak jestem odbierany przez otoczenie. Od trzydziestu lat słyszę, że jestem tatusiem. Gdy nie muszę to już nawet nie zaprzeczam. Czyż to nie cudowne? Tyle osób traktuje pracę jako zło konieczne, odliczają dni do weekendu. A ja kocham tę pracę, a dokładnie moje maluszki i z radością jadę do nich. Nie spoglądam na zegarek, nie dłuży mi się. Jestem takim trzecim, tymczasowym rodzicem i bardzo mi z tym dobrze...
10.05.2019 20:23

No, ja z tego powodu zostawiłam dobrze płatną pracę w Urzędzie w Departamencie Finansów. I nie żałuję absolutnie. Moja Olka to najcudniejsza dziewczynka na świecie. Spokojniutka. pogodna, bez napadów histerii, uśmiechnięta. Nie sposób jej nie kochać. Ma też bardzo mądrych rodziców. To najlepsza praca dla mnie. W ciągłym ruchu, z dobrą energią. Mama w święta (w jedne i drugie) przy składaniu życzeń dziękowała za wsparcie przy opiece nad małą, dając do zrozumienia, że jest mi wdzięczna za to, co robię. Czego chcieć więcej? A wakacje będę miała wolne!!!!!! - mama pracuje w szkoleCool 

11.05.2019 09:07
Mama mojego poprzedniego maluszka była nauczycielką. Też miałem wolne (a płatne) ferie i wakacje. W ramach "zadośćuczynienia" kilka nocy w weekendy spędziłem u Maksia by rodzice mogli się trochę zrelaksować   
11.05.2019 09:21

Magdalena Tylko wakacje G.

No, ja z tego powodu zostawiłam dobrze płatną pracę w Urzędzie w Departamencie Finansów. I nie żałuję absolutnie. Moja Olka to najcudniejsza dziewczynka na świecie. Spokojniutka. pogodna, bez napadów histerii, uśmiechnięta. Nie sposób jej nie kochać. Ma też bardzo mądrych rodziców. To najlepsza praca dla mnie. W ciągłym ruchu, z dobrą energią. Mama w święta (w jedne i drugie) przy składaniu życzeń dziękowała za wsparcie przy opiece nad małą, dając do zrozumienia, że jest mi wdzięczna za to, co robię. Czego chcieć więcej? A wakacje będę miała wolne!!!!!! - mama pracuje w szkoleCool 

Właśnie to. W ciągłym ruchu, mnóstwo czasu na dworze, z wiecznie opaloną twarzą. Wyprawy do parków, na place zabaw, do zoo, ogrodu botanicznego, figlorajów. A bywa, że do domów rówieśników, mojego (skądinąd pełnego tysięcy zabawek) mieszkania, centrów handlowych, remiz strażackich, zajezdni tramwajowych, dworców kolejowych etc. Przejażdżki tramwajami, autobusami, pociągami, ruchomymi schodami, windami a nawet rikszami. Wizyty w przedszkolach i u lekarzy. Poznawanie rodziców, cudzych maluszków, niań, różnych specjalistów od zdrowia i wychowania dzieci. Różne domy, różni rodzice, różne pomysły na życie a w moim przypadku nawet różne miasta. I te kochane, chłonne świata dzieciaczki. Szczęśliwe jak znajdą kamyk , kapselek czy szyszkę. Stojące w oknie na powitanie i pożegnanie. Przeżywające swoje "wielkie tragedie" gdy czegoś nie mogą dostać lub coś im nie wychodzi. Pierwsze kroki, pierwsze słówka, pierwsze interakcje społeczne, pierwsze bunty. Ich fascynacja światem jest niesamowita i to jest piękne    Paweł C. edytowała ten post 11.05.2019 20:05
11.05.2019 20:01
I te wpatrzone w ciebie, bezgranicznie ufajace i kochające oczy. Radość, gdy przychodzisz, pytanie - a jutlo psyjdzies? Prośba - daj rączkę, gdy zasypia lub czegoś się boi. Próba nakarmienia Cię swoim obiadem. I rzucane od niechcenia znad puzzli - kocham ciebie.
11.05.2019 22:36
"Prośba - daj rączkę, gdy zasypia lub czegoś się boi" - albo ucho    Paweł C. edytowała ten post 14.05.2019 18:59
14.05.2019 18:59
Jakiś czas temu, po kilku skandalach wywołanych niewłaściwym zachowaniem opiekunek w żłobkach i przedszkolach zobaczyłem w telewizji komentarz jakiejś pani (dziś już nie pamiętam kim ona była), że niski standard opieki w tych placówkach spowodowało poluzowanie przez rząd wymogów dotyczących wykształcenia opiekunek. W żłobku, teoretycznie, pracować może teraz nawet niania, która ma roczne, udokumentowane doświadczenie, byleby miała wykształcenie średnie, książeczkę zdrowia i ukończony kurs pomocy przedmedycznej małym dzieciom. Piszę: "teoretycznie", bo większość dyrektorów żłobków, np. z łódzkiego Miejskiego Zespołu Żłobków mimo problemów kadrowych wciąż wymaga ukierunkowanego, wyższego wykształcenia, oferując w zamian minimalne wynagrodzenie albo "ciut" więcej. Paradoks. Nie mają chętnych a nie dopuszczają niań, które i tak często mogą zarobić więcej przy jednym dziecku niż w żłobku przy ósemce. Tyle tylko, że w żłobku dzień pracy to niespełna osiem godzin a nianie najczęściej pracują dziewięć. A wracając do początku moich wywodów - okazało się, że "bohaterkami" tych skandali były panie z ... wyższym, ukierunkowanym wykształceniem.
05.06.2020 02:13
I przypomniały mi się czasy przedszkola. Spędziłem w nim pięć lat. Nie, nie "kiblowałem" roku. Po prostu, po drodze do pracy moi rodzice mieli przedszkole a nie żłobek, do którego uczęszczałem od czwartego miesiąca. Ale wcześniej nie udało się tego załatwić, musiałem skończyć chociaż dwa latka. Teraz jest to 2,5 roku, wtedy udawało się jeszcze szybciej. I co tam się wyprawiało! - dziś nie do pomyślenia. Pierwszego dnia poszedłem z żołnierzykiem, a dokładnie z indianinem. Takim kupionym przez rodziców w kiosku Ruchu za 5 zł. Na wejściu do sali pani mi go zabrała i postawiła na szczycie szafy przy swoim biurku. Cały dzień przepłakałem przy stoliku. Potem było już tylko gorzej. Tradycją było zmuszanie dzieci do jedzenia. Najbardziej dramatyczną sceną jaką widziałem było zmuszanie dzieci do zjadania własnych wymiociń. Chłopczykowi nie smakowała owsianka więc pani (nie - pomoc pani) wciskała mu ją na siłę. Gdy zwymiotował z powrotem do talerza, wściekła się i ... wciskała dalej. Ja miałem ogromny problem z kisielem ale jakoś się udawało nie zwrócić. Mieliśmy (dzieci) więcej szczęścia z niechcianymi ale stałymi (w sensie stanu skupienia) elementami posiłków. Lądowały one w kaloryferach obudowanych drewnianą boazarią. Były tam szczeliny do cyrkulacji powietrza. Dramatem było przypadkowe wylanie kawy z mlekiem na posadzkę. Parkiety nie były wtedy lakierowane i po takim incydencie trzeba było plamę zapastować. Stąd ogromna złość personelu. Najpierw pastowano pastą myjącą Agata a potem właściwą, tej nazwy nie zapamiętałem. No i oczywiście zafroterować. Czasem pastować musieli sprawcy... Za karę stało się "w kącie", który akurat nie znajdował się w kącie. Był też wariant stania w kącie ze spuszczonymi spodniami i majtkami. Rodzic odbierający dziecko z kąta otrzymywał od pani reprymendę za złe wychowywanie dziecka. Dzisiaj zaraz by była Uwaga TVN, Interwencja, Expres Reporterów itp. itd. Za "niespanie" czyli otwarte oczy czy odezwanie się do kolegi na sąsiadującym leżaczku w czasie "ciszy" były przewidziane razy linijką. Drewnianą, tylko takie wtedy były, wzmocnione blachą wewnątrz by się łatwo nie łamały. Znalazłem niedawno taką u ojca w mieszkaniu i wziąłem sobie na pamiątkę. Linijka w przedszkolu miała swoje podręczne miejsce na parapeciku przepierzenia między salą a łazienką by była szybko dostępna i budziła respekt. To nie było sto lat temu. To lata 1971-76. W całym przedszkolu była jedna Pani, którą dzieci lubiły. Reszta budziła grozę. W salach na regałach stały zabawki, którymi nie można było się bawić aby nie zepsuć. Służyły jako ładna prezentacja na wizytacje z kuratorium. Z kolei w dyżurnym przedszkolu wakacyjnym stosowano zamykanie w piwnicy ze zgaszonym światłem. No ale były też piękne chwile. Za szczególne zasługi, takie jak bycie cichym i spokojnym od rana do pory ciszy w nagrodę można było nie spać - tylko siedzieć przy stoliku i ostrzyć kredki. Łał, to było coś! Pedagogika to jednak wspaniała nauka. Żałuję, że nie zgłębiłem jej tajników. Ale byłem za głupi by dostać się na studia.
05.06.2020 03:29

No, ja pamiętam, jak rzygi mojej koleżanki trafiły do mojego talerza. Nasza ukochana Pani z przedszkola kazała jej to jeść (już nie pamiętam co to było,) darła się na nią, a ona się za przeproszeniem ...., no właśnie. I te wymiociny trafiły wszędzie, między innymi do mojego talerza. A ja słówka nie pisnęłam, tylko to zjadłam. Smile Ja nie mogę, jak człowiek sobie przypomni te cudowne lata bardzo wcześnego dzieciństwa. I to stanie w kącie w szkole. Ale obciach. Ja to w sumie byłam w szkole grzeczna, ale kiedyś oberwało mi za niewinność. Ktoś do mnie zagadał na lekcji, a ja śmiałam temu komuś odpowiedzieć. 3 klasa szkoły podstawowej. Pół godziny stałam jak debil w kącie, nawet nie próbowałam się tłumaczyć, tak się bałam tych naszych cudnych pań wykształconych pedagogów. Genialne nasze Panie, takie dobre takie. I tak się człowiek kształtował, kształtował, życia uczył. Ale później trafiłam też na kilku fajnych nauczycieli, do dziś ich wspominam - jakieś dwa procent ze stu

06.06.2020 18:19
W mojej podstawówce najbardziej obawiano się pań na stanowisku: Pedagog Szkolny i Psycholog Szkolny. Straszyli nimi nauczyciele. Pani Pedagog była niezrównoważona psychicznie i wiecznie darła mordę. Pani dyrektor podobnie. Pani od polskiego biła po głowie dziennikiem, od matematyki wylewała uczniom wodę do kwiatków na głowę a pan od geografii bakelitowym wskaźnikiem walił i po głowie i po łapach. Ponadto kazał klęczeć przed mapą z rękoma w górze. Tzw. "przepraszanie mapy". Reasumując: banda zjeb.w. A szkoła średnia... Szkoda gadać. Gdybym został stand-uperem, (a mam ku temu talent, tylko nie robię tego zawodowo) miałbym gotowe scenariusze do końca życia.
06.06.2020 20:35
Prawie wszyscy w/w "bohaterowie" byli już wtedy rodzicami. Jak to możliwe, że tak postępowali?
13.06.2020 22:35


Czytam te opowieści jak z horrorów i i dochodzę do wniosku, że miałam dużo szczęścia. Nie chodziłam do przedszkola, w szkole nie spotkałam się z agresją ze strony nauczycieli, przynajmniej nie osobiście. Pamiętam za to przypadek z równoległej klasy - nauczycielka zaklejała uczniom buzie taśmą gdy rozmawiali na lekcji. Podobno nikt o tym nie wiedział aż do czasu kiedy zakleiła buzię synowi redaktora gazety, który przy okazji był normalnym rodzicem, Syn przyszedł do domu ze śladami taśmy na twarzy, ojciec rozpętał burzę, artykuł w gazecie, szum... nauczycielka z naganą, po roku zresztą odeszła ze szkoły znęcać się gdzie indziej być może. Moi nauczyciele byli naprawdę fajni. Niektórych się baliśmy ale raczej dlatego, że byli "ostrzy" w ocenianiu, ale na pewno nie z powodu zrąbanej psychiki i skłonności do upodlania człowieka. W liceum był nauczyciel, który ślinił się na widok biustów dziewczyn i miewał swoje ulubione panienki, na których trenował swoje niewybredne dowcipy, dwuznaczne powiedzonka... obrzydliwy był. Wyfdaje mi się, że juz wtedy byłam osobowością na tyle silną, że pewnego dnia stojąc na środku pod tablicą, poproszona przez pana profesora o podejście bliżej katedry (jego stary numer na dotykanie piersi, gładzenie ręki), stwierdziłam, że nie podejdę, bo pan mnie będzie dotykał a ja tego nie lubię. O dziwo nie spotkały mnie z jego strony żadne szykany, ocena końcowa 5. 

 

Monika D. edytowała ten post 27.06.2020 09:37
27.06.2020 09:33
Nic w tym dziwnego. Kupił sobie w ten sposób spokój. Przekupił Cię
27.06.2020 19:41

Nie, miałam piątkę zawsze, chodziło mi bardziej o to, że się nie mścił. 

27.06.2020 21:01
Paradoksalnie cały ten cyrk z pandemią idzie nam na rękę. W związku z tym co dzieje się w żłobkach i przedszkolach (chodzi mi o deprywację potrzeb emocjonanych i sensorycznych maluszków) od września wzrośnie zapotrzebowanie na nasze usługi. I nie umrze nasz zawód jak jeszcze kilka miesięcy temu wróżyła nam nasza nowa, młoda koleżanka. Zobaczycie....
27.06.2020 22:07

Może być na odwrót ,że nie będziemy mogli odbierać naszych podopiecznych z przedszkola czy szkoły ( taki przepis po covid)

29.06.2020 20:37

Nie będziemy odbierać... ...bo nie będziemy zaprowadzać. Nie będziemy zaprowadzać... ...bo TO MY Z NIMI BĘDZIEMY !

Paweł C. edytowała ten post 29.06.2020 20:50
29.06.2020 20:40
« Powrót do listy tematów