|
Dziewczyny, jak znosicie rozstanie z dziećmi? Ja w tym roku żegnam się z czwórką: z 2 maluchami już po fakcie - w zeszłym tygodniu przeprowadzili się do Krakowa, a właściwie "wrócili", bo mają tam mieszkanie, rodzinę, itd.;drugą dwójkę pożegnam we wrześniu, bo malutka idzie do przedszkola, a tym samym jej brat nie będzie już przeze mnie odbierany, po prostu będą tam do czasu powrotu mamy z pracy. Powiem Wam, że zupełnie nie byłam na to przygotowana psychicznie, mimo, że twarda ze mnie babka. Wiem, że to cudze dzieci, ale przechodzę coś w rodzaju syndromu opuszczonego gniazda Nauczyłam je chodzić, mówić, samodzielnie jeść, a teraz muszę się z nimi pożegnać, bęczę co jakiś czas i strasznie tęsknię za dwójką, która już wyjechała. Nie są to "moje" pierwsze dzieci, zajmowałam się już wcześniej maluchami, ale w charakterze bardziej dorywczym, nie byłam tak zgrana i zaprzyjaźniona z rodzinami, więc owszem, tęskniłam, ale nie schizowałam do tego stopnia, żeby płakać w poduszkę i odczuwać emocjonalne wypompowanie, jak jest teraz. Zajmuję się jeszcze małą dziewczynką, nie chodzi jeszcze i nie mówi, więc te etapy "przyuczania dzieciaczka do życia" przechodzę właściwie na nowo, strasznie ją lubię i w sumie myśl o zajmowaniu się nią trzyma mnie przy życiu. Ale zaczęły we mnie narastać wątpliwości, czy jest sens podejmować się opieki nad kolejnymi maluchami, czy może zająć się pracą "nas słuchawce" w jakimś call center, jeśli moja psychika ma pozostawać w strzępach po 2-letniej współpracy... Nie wiem, zwariowałam? Jajniki mi zeschizowały, pora na własne? Wy też tak macie? Powiedzcie, że tak! :|
|